"MILIK I ANDRZEJóWKA "- po I Wojnie Swiatowej
I wojna światowa nie dotknęła poważniej obu miejscowości, w Andrzejówce
miały miejsce podobno sporadyczne wypadki wywózek do Talerhofu, jednak
wydarzenia te zatarły się już prawie całkowicie w pamięci dzisiejszych jej
mieszkańców. W 20-leciu międzywojennym nadpopradzkie wioski rozwijały się
dość pomyślnie. W porównaniu ze wsiami łemkowskimi położonymi dalej na
wschód, w głębi Beskidu Niskiego, Milik i Andrzejówka uchodziły za gromady
stosunkowo zamożne (w Miliku były już wtedy 3 murowane domy - "kamienice"
oraz solidny, ceglany budynek szkoły). Tutejsza parafia grekokatolicka liczyła
w tym okresie ok. 1300-1400 wiernych. Jej uposażenie stanowiło 86. ha łąk,
pastwisk, lasów i gruntów uprawnych w obydwu wioskach. Przed wojną Milik
miał 151 numerów domów. Mieszkali tu także nieliczni, przeważnie wżenieni w miejscowe rodziny Polacy. Żyły też w Miliku
dwie rodziny żydowskie. Bogaci Żydzi prowadzili karczmę i szynkowali alkohol. Karczma żydowska stała nieco na północ od cerkwi w miejscu,gdzie dziś znajduje się boisko sportowe. W nieco mniejszej Andrzejówce było w tym czasie 76, numerów (oprócz tego w największym przysiółku Andrzejówki - Międzymostkach było jeszcze 6 numerów). Tu też przytłaczającą większość mieszkańców stanowili grekokatoliccy Łemkowie, było też kilka rodzin mieszanych. W dole wsi mieszkała rodzina powszechnie szanowanego Żyda- Benjamina Klausera. Klauserowie prowadzili sklep i karczmę z wyszynkiem. Znajdowała się ona przy szosie Żegiestów-Muszyna, w jej miejscu wznosi, się dziś nowo wybudowany sklep wiejski.
Miarą wzglnej zamożności i swoistej nowoczesności nadpopradzkich wiosek w 20-leciu międzywojennym jest fakt, że wówczas nie spotykano już prawi w ogóle tradycyjnego stroju łemkowskiego. Kobiety tutejsze na codzień ubierały się "z miejska" zaś od święta przywdziewały "strój krakowski". Jedynie w Andrzejówce udało nam się uzyskać opis, rzadko już przed wojną spotykanego tradycyjnego stroju męskiego. Łemkowie tradycjonaliści nosili tu "hołoszenie" bez "parzenic" w dwóch kolorach: białe z granatowym lampasem lub białe z czerwonym lampasem. Wdziewano także granatową kamizelkę ("bruśli"), czerwoną obszywaną z miedzianymi, pozłacanymi guzikami. Ten stosunkowo szybki zanik tradycyjnego stroju ludowego w okolicy, uważać należy za wynik ożywionych kontaktów tutejszych mieszkańców z polskimi Uzdrowiskami w Muszynie, a szczególnie w Żegiestowie. W latach 30-tych włościanie okoliczni chętnie zatrudniali w obsłudze pensjonatów i zakładów zdrojowych Żegiestowa. Pograniczne wioski łączyło szereg więzi z ich odpowiednikami po słowackiej stronie granicy. Pola słowackich gospodarzy znajdowały sie po polskiej stronie i na odwrót. Żony tutejszych gospodarzy często wywodziały się ze Słowacji. 15 Sierpnia na odpust Zaśnięcia Bogurodzicy z nadpopradzkich wiosek ciągnęły tłumne pielgrzymki do sanktuarium w Circ'u.
Mieszkańcy Milika i Andrzejówki utrzymywali się przede wszystkim z pracy na roli. Prócz tradycyjnych zbóż i roślin okopowych uprawiano także len. Każde gospodarstwo posiadało dzięki temu własny warsztat tkacki.U kilku gospodarzy funkcjonowały prymitywne olejarnie. Hodowano nieco owiec jednak okoliczni gospodarze nie prowadzili gospodarki szałaśniczej, wypasając trzodę każdy na własnej łące. Rolnictwo zależnie od kaprysów pogody nie było zajęciem dochodowym. Np. w Lipcu 1934r. nadpopradzkie wsie nawiedziła katastrofalna powódź przynosząc znaczne straty. Dlatego też tutejsi ludzie dorabiali sobie
pracując przy obsłudze uzdrowisk, przy wyrębie lasu czy przy budowie drogi
z Piwnicznej do Muszyny i Krynicy. Ubożsi Miliczanie nie gardzili kłusownictwem
chwytając zwierzęta na pętlę z podrywką (tzw. "oko"). W Miliku, w samym
dole wsi, nad potokiem funkcjonował spory tartak wodny trzymany przez zamożną
rodzinę łemkowskich gospodarzy - Żegiestowskich. (Resztki konstrukcji tartaku
w postaci nasypów i pozostałości jazów są do dziś widoczne nad strumieniem
naprzeciw współczesnego sklepu). W górze wsi na przedwojennych wydaniach
map zaznaczana jest cegielnia, o której jednak teraźniejsi mieszkańcy wsi nie
potrafią powiedzieć nic konkretnego.
Sporo cennych informacji udało się nam uzyskać dzięki odnalezieniu w Andrzejówce unikalnego źródła jakim jest księga protokolarna obrad rady Gromadzkiej (do 1935r. gminnej) andrzejowskiej z lat 1933-1949. Na jej podstawie można
by z pewnością napisać znacznie szerszą monografię
życia codziennego w Andrzejówce w tym okresie. W niniejszym artykule wykorzystane zostaną jedynie niektóre, ciekawe z historycznego punktu widzenia, wątki. Przedwojenne protokoły posiedzeń rady gromadzkiej rysują nam obraz niezwykle dojrzałej i sprawnie funkcjonującej gminnej demokracji. W skład rady wchodzili, obok sołtysa, przedstawiciele wszystkich narodowości zamieszkujących wieś. Byli tam Łemkowie, Polacy oraz Żyd. Wioska lata całe żyła swoimi, wewnętrznymi problemami. Z rzadka jedynie docierały tu echa wydarzeń z wielkiego świata, jak to miało miejsce 14.V.1935r. kiedy to Rada Gromadzka zebrała się na żałobnym posiedzeniu z okazji śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego. Na codzień władza gromadzka zajmowała się gospodarką wsi, ustalała budżet, planowała inwestycje, zarządzała wspólnym majątkiem wiejskiej społeczności. Roczny budżet gromady nie przekraczał zwykle sumy kilkuset złotych. Fundusze na jego pokrycie gromada czerpała l eksploatacji kamieniołomu (w Andrzejówce na tokach g. Czerhli), ze sprzedaży drewna z lasów gromadzkich, z wydawania pozwoleń łowieckich, opłat za patenty na produkcje i wyszynk alkoholu itp. W sąsiadującej z żegiestowskim wdrowiskiem Andrzejówce w latach 30-tych pojawiło się sporo letników. Interes turystyczny musiał się dobrze rozwijać skoro władze gromadzkie
wprowadziły specjalny podatek hotelowy. W marcu 1938r. powołano nawet Gromadzką Komisję Letniskowo-Turystyczną. Wspólnota wiejska troszczyła się o dobro wszystkich swoich członków. Gdy w 1934r. Andrzejówkę nawiedziła katastrofalna powódź Powołano natychmiast Komitet Pomocy Powodzianom. W zestawieniach budżetowych poszczególne lata znaleźć można często pozycje "Koszta leczenia ubogich". W roku finansowym 1933/34 przewidziano na ten cel 5 złp. W Andrzejówce działała sekcja Ochotniczej Straży Pożarnej dotowana z kasy gromadzkiej. W 1934r. przyznano strażakom 5 złp. Najpoważniejszym punktem budżetu gromady były koszta utrzymania szkoły i oświaty. W roku 1934/35 ogólny budżet gromady obliczono na 522 złp. z czego na szkołę wydatkowano 110 złp. W roku następnym na ogólną sumę 613 złp na oświatę przeznaczono 123 złp. Za rok 1937/38 posiadamy interesujące zestawienie pozwalające zorientować się w strukturze wydatków oświatowych:
Budżet szkolny na rok 1937/38 - 152 złp
w tym"
-apteczka 5 złp.
-remont i konserwacja szkoły 20 złp.
-obsługa szkolna 40 złp
-porządek i czystość 10 złp.
-uzupełnienie inwentarza 15 złp.
-asekuracja 8 złp.
-kancelaria szkolna 25zł.
-kancelaria KSRM (?) 2 złp.
-oświata poza szkołą 6 złp.
-uzupełnienie biblioteki 6 złp.
-utrzymanie ośrodka 15 złp.
Funduszami szkolnymi zarządzała powoływana corocznie na ogólnych zebraniach Rada Szkolna. W Andrzejówce i Miliku szkoły ludowe działały od conajmniej lat 80-tych XIXw. Za czasów II Rzeczpospolitej obie wsie również posiadały szkoły powszechne. (Do dziś funkcjonują one w tych samych co przed wojną solidnych budynkach). Uczono tu podobno w latach 30-tych także po łemkowsku( w Andrzejówce we wtorek i w piątek po jednej godzinie lekcji w języku łemkowskim) W drugiej połowie lat 30-tych gromada andrzejowska planowała szereg inwestycji. Od jesieni 1935r. z inicjatywy radnego Benjamina Klausera rozpoczęto starania o budowę we wsi przystanku kolejowego. Założono szkółkę drzew owocowych z myślą o rozwijaniu racjonalnego sadownictwa (do dziś w Miliku i Andrzejówce spotkać można mnóstwo zdziczałych już drzew owocowych)
(...).
W latach 30-tych tutejsza parafię jak i wiele innych na Łemkowszczyźnie zaczęły trapić konflikty wyznaniowe. W miliku kilkanaście rodzin przeszło na prawosławie w wyniku konfliktu z grekokatolickim parochem ks. Iwanem Bugierą. Dzisiejsi innformatorzy uważają, że było to wynikiem księżowskich zdzierstw, ale nie można tu wykluczyć niechęci do ukrainofilskiej postawy parocha, jako motywu przejścia części parafian na prawosławie. Prawosławni wybudowali sobie własną niewielką kaplicę na północ od starej cerkwi i cmentarza.(kaplicę rozebrano w 1946r.). W Andrzejówce nie notowano prawosławnych nawróceń, za to kilka rodzin przeszło do sekty Badaczy Pisma Świętego, śladem powracających z Ameryki emigrantów. Wszystkich członków tej sekty z Andrzejówki w czasie okupacji Niemcy wywieźli do obozów koncentracyjnych.
Autor: Marek Kalupa (Magury 92)